Archiwum
lipiec 2026
21.07.2026
Zacznijmy od oficjalnego ostrzeżenia, zanim algorytmy i samozwańczy strażnicy moralności zapłoną świętym oburzeniem. O ile w ogóle ktoś to czyta jestem pewien, że zaraz wkurzę pokaźną grupę ludzi. W dzisiejszych czasach obrażenie kogoś w internecie jest łatwiejsze niż upuszczenie posmarowanej masłem kromki chleba prosto na dywan, ale trudno. Mam to w głębokim poważaniu, ponieważ w przeciwieństwie do teoretyków z Instagrama, ja mam pełne prawo o tym mówić. Nadaję prosto z okopów.
Ustalmy jeden, fundamentalny, biologiczny fakt, który z jakiegoś powodu stał się dzisiaj tematem tabu: w byciu grubym i otyłym nie ma absolutnie nic okej. To nie jest „alternatywny styl życia”. To nie jest „twój unikalny vibe”. To jest stan chorobowy organizmu. Stan, w którym zresztą sam obecnie tkwię po uszy i z którym toczę bezlitosną, wycieńczającą wojnę. Mój wewnętrzny Grubas codziennie próbuje przejąć kontrolę nad sterami, a ja codziennie muszę walić go po łapach.
Dlatego nikt, absolutnie nikt, nie wmówi mi, że mam ten stan po prostu „zaakceptować”. A ci wszyscy radośni, uśmiechnięci celebryci i influencerzy, którzy tę chorobliwą otyłość akceptują, a wręcz publicznie celebrują, to są - nie bójmy się użyć tego słowa - zwyczajni, oderwani od rzeczywistości lunatycy.
Fetyszyzowanie otyłości i udawanie, że to po prostu inny rodzaj piękna, to tak, jakby kapitan Titanica po uderzeniu w górę lodową zwołał pasażerów na pokład i z uśmiechem ogłosił, że statek wcale nie tonie, tylko bierze właśnie udział w nowatorskim, głębinowym programie nawilżania kadłuba. To jak patrzenie na świecącą się na krwistoczerwono kontrolkę „Check Engine” w samochodzie, z którego spod maski wydobywa się gęsty, czarny dym, i wmawianie sobie, że to urocze, nastrojowe oświetlenie deski rozdzielczej, które podkreśla unikalny charakter pojazdu. Silnik może i zaraz wybuchnie, wyrzucając tłoki w kosmos, ale hej - liczy się to, by czuć się dobrze we własnej karoserii, prawda?
W tym całym szaleństwie najbardziej boli mnie to, co zrobiono z ruchem ciałopozytywności (z ang. body positivity). Ta idea, u swoich absolutnych podstaw, była czymś naprawdę pięknym i potrzebnym. Została stworzona po to, by ludzie mogli zaakceptować w sobie rzeczy, na które nie mają absolutnie żadnego wpływu i które nie niszczą ich organizmu.
Ciałopozytywność to ruch, który mówi: „Hej, masz duży, garbaty nos, którego kształt przypomina korzeń imbiru? Trudno, to wciąż świetny nos!”. Albo: „Masz blizny po oparzeniach? Jesteś niski? Łysiejesz w wieku dwudziestu pięciu lat, a twoje uszy odstają jak otwarte drzwi w Polonezie? Zaakceptuj to, pokochaj siebie, bo to jest twoja unikalna anatomia, z którą nic nie zrobisz, a która nie robi ci krzywdy”.
Ale z biegiem lat ten ruch został brutalnie uprowadzony. Został porwany przez armię ludzi, którzy postanowili użyć go jako uniwersalnego alibi dla własnego lenistwa i braku samokontroli. W prawdziwej ciałopozytywności nie ma mowy o tym, żeby akceptować swoją chorobę! Nadmiarowa waga - zwłaszcza w dużej czy wręcz olbrzymiej ilości - ma na organizm wpływ absolutnie destrukcyjny. Miażdży stawy, dusi serce, zatyka tętnice cholesterolem o gęstości masła orzechowego i zaprasza cukrzycę na wieczorne party w twojej trzustce.
Tłumaczenie sobie, że musisz kochać swoją otyłość, jest dokładnie tym samym, co akceptowanie faktu, że masz nowotwór i zaniechanie jakiegokolwiek leczenia. To tak, jakbyś złamał nogę w trzech miejscach i zamiast jechać do szpitala na założenie gipsu, posypał wystającą kość kolorowym brokatem, zrobił sobie z nią selfie i napisał w internecie, że celebrujesz swój układ kostny takim, jakim stworzyła go natura. To jest absurdalnie niebezpieczne.
Możesz być dobrym, wartościowym, inteligentnym i zabawnym człowiekiem, ważąc sto pięćdziesiąt kilogramów. Twoja waga nie definiuje twojej wartości jako istoty ludzkiej. Ale nie udawajmy, że noszenie na sobie ciężaru małego Fiata 126p jest zdrowe, normalne i godne naśladowania.
Ja zamierzam dalej walczyć. Zamierzam dalej czuć głód, denerwować się na widok sałaty i powoli, w pocie czoła, zrzucać ten niebezpieczny balast. Bo prawdziwa miłość do własnego ciała nie polega na tuczeniu go na śmierć przy akompaniamencie instagramowych lajków, ale na tym, by utrzymać je przy życiu i w jednym, funkcjonującym kawałku tak długo, jak to tylko biologicznie możliwe.
21.07.2026, 16:23
Opublikował: kr