Archiwum
lipiec 2026
17.07.2026
Polacy mają we krwi pewną specyficzną, niewytłumaczalną dla reszty świata miłość do ogradzania ziemi. Kupujemy lub dziedziczymy mikroskopijny kawałek gruntu, otaczamy go siatką, którą sprytny włamywacz mógłby przeciąć obcinaczem do paznokci, i traktujemy ten teren z powagą równą obronie suwerennych granic państwowych. To nasza święta „działka”. Miejsce, w którym udręczony miastem człowiek ma rzekomo odpoczywać na łonie natury, a w rzeczywistości spędza każdy letni weekend na morderczej, wycieńczającej walce z chwastami, kretami i psującymi się kosiarkami.
Tego konkretnego dnia udałem się na ów kawałeczek ziemi otoczonej siatką, należący do moich rodziców. Misja była prosta, taktycznie wręcz banalna: odpalić sprzęt i skrócić trawę, zanim ta osiągnie wysokość pozwalającą na ukrycie się w niej dorosłego welociraptora.
Podszedłem do altanki. Otworzyłem drzwi, oczekując zapachu kurzu, wyschniętego smaru i nawozu. Zamiast tego, moim oczom ukazał się widok, który zmroził krew w żyłach. Nastąpiła pełnoskalowa inwazja.
Mrówki. Miliony mrówek, zorganizowanych lepiej niż szwajcarski system bankowy i rzymskie legiony razem wzięte. One nie weszły tam po prostu w poszukiwaniu zapomnianego okruszka chleba. One bezczelnie anektowały część budowli na własne potrzeby. Zbudowały autostrady, węzły logistyczne i prawdopodobnie mały, podziemny parlament, w którym właśnie uchwalały ustawę o ostatecznym wyeksmitowaniu moich rodzicieli z ich własnej posesji. Kiedy stanąłem w progu, nawet nie drgnęły. Zostałem wzięty jako zakładnik na rodzimej, ogrodzonej ziemi.
I kiedy tak stałem, uzbrojony jedynie w kluczyki do samochodu i rosnące poczucie bezradności, uświadomiłem sobie jeden z największych, najbardziej bolesnych absurdów współczesnego świata.
Oto ja - zwykły, uczciwie płacący podatki obywatel - stoję w obliczu realnej, wrogiej inwazji owadów, a moje państwo nie kiwnie w tej sprawie palcem. Tymczasem nasze wspaniałe, troskliwe Ministerstwo Klimatu i Środowiska pochyla się nad losem stworzeń, które doskonale radziły sobie w lasach na długo przed wynalezieniem biurokracji. Co więcej, pochyla się nad ich... uczuciami.
Jeśli przegapiliście najnowszą, absolutnie kuriozalną aferę, spieszę z doniesieniami. Resort środowiska zorganizował akcję, która ma na celu ocieplenie wizerunku wilków. Uznali bowiem, że największym problemem tych majestatycznych, ważących kilkadziesiąt kilogramów drapieżników o szczękach zdolnych kruszyć kości, jest polski słownik. Ministerstwo postanowiło więc odrzucić kultowe przysłowia. Na celownik wzięto takie zwroty jak: „wilk w owczej skórze”, „człowiek człowiekowi wilkiem”, „nie wywołuj wilka z lasu”, „wilczy bilet”, „patrzeć na kogoś wilkiem” oraz „wilcze prawo”.
Dlaczego? Ponieważ, zdaniem urzędników, używanie chociażby powiedzenia „wilk w owczej skórze” utrwala krzywdzący stereotyp, że wilk ma zawsze złe intencje.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. Siedzi sobie wataha wilków w Bieszczadach, właśnie pożarła dorodnego jelenia, po czym jeden z nich ociera pysk z krwi, otwiera na smartfonie słownik frazeologiczny i wpada w głęboką depresję, bo Polacy uważają, że ma złe intencje. To jest poziom absurdu, przy którym Monty Python wygląda jak ponury film dokumentalny.
Gdy na ministerstwo spadła absolutnie zasłużona, potężna fala krytyki za szukanie problemów na siłę, do akcji wkroczył rzecznik resortu, pan Marek Pogorzelski. I jego tłumaczenie to już wyższa szkoła biurokratycznej jazdy figurowej na lodzie. Oświadczył on, że cała ta kampania była po prostu „intelektualną prowokacją”. Miała rzekomo zwrócić uwagę na problem fałszywych informacji o wilkach i niedźwiedziach generowanych przez sztuczną inteligencję, z którymi trudno się przebić. Rzecznik dodał z rozbrajającą szczerością, że ma nadzieję, iż nikt nie potraktował tej akcji poważnie.
Zestawcie to teraz ze sobą. Z naszych podatków opłaca się wielkie, klimatyzowane gabinety w Warszawie, w których dorośli, wykształceni ludzie bawią się w „intelektualne prowokacje”, próbując ocenzurować staropolskie przysłowia, żeby wilkom nie było smutno. Generują sztuczne afery o „złych intencjach” drapieżników, by potem z panicznym uśmiechem tłumaczyć, że to był tylko taki żart dla zasięgów.
A kilkaset kilometrów dalej, na działce, szary człowiek stoi przed swoją altanką, z której właśnie wyeksmitowały go insekty wielkości łebka od szpilki. Moje mrówki z całą pewnością miały bardzo złe intencje i absolutnie żadne przysłowie nie było w stanie zmienić tego faktu.
Ostatecznie nie skosiłem tej trawy. Zamknąłem drzwi do altanki, symbolicznie podpisując akt kapitulacji przed przyrodą, po czym wróciłem do domu. Skoro Ministerstwo Klimatu i Środowiska ma tyle wolnego czasu i zasobów na językowe prowokacje, to w poniedziałek rano wyślę im oficjalne pismo. Niech przyślą tu swoich najlepszych lingwistów, by wytłumaczyli moim mrówkom, że anektowanie cudzej altanki to utrwalanie negatywnych stereotypów i międzygatunkowa ksenofobia.
17.07.2026, 08:11
Opublikował: kr