Archiwum
lipiec 2026
23.06.2026
Dorastanie to podobno najbardziej wyczekiwany etap ludzkiej egzystencji. Przez pierwsze osiemnaście lat życia karmiono nas absolutnie bezczelnym kłamstwem, że bycie dorosłym oznacza nieskończoną wolność, jedzenie lodów na śniadanie i podejmowanie mądrych, wyważonych decyzji w skórzanym fotelu z cygarem w dłoni. Rzeczywistość okazała się jednak uderzeniem mokrą szmatą w twarz. Zamiast mądrości, dostałem w pakiecie nieplanowany kryzys wieku średniego, a od kilku lat pełnię zaszczytną, acz przerażającą funkcję niebiologicznego rodzica.
Próba dostosowania się do tej nowej, szlachetnej roli idzie mi z gracją wściekłego hipopotama próbującego nawlec igłę na pokładzie tonącego statku. Zrobiłem się okropnie nostalgiczny. Czuję się wypalony, zardzewiały i mam tak serdecznie, absolutnie dość bycia człowiekiem z dorosłymi obowiązkami, że najchętniej zamieszkałbym w szałasie z mchu i żywił się wyłącznie wiatrem. Niestety, wiatr ma za mało kalorii. Moje przeciążone psyche i physis znalazły więc inną metodę radzenia sobie z egzystencjalnym bólem: kompulsywne bombardowanie organizmu tłuszczami trans i węglowodanami z ultraprzetworzonego, śmieciowego jedzenia. Wchłaniam burgery i podejrzane przekąski z taką prędkością, jakbym przygotowywał się do hibernacji na wypadek uderzenia komety.
I kiedy tak siedziałem, przeżuwając kolejną porcję czegoś, co kiedyś było ziemniakiem, a teraz przypominało radioaktywną gąbkę, rzeczywistość postanowiła wyważyć drzwi z futryną.
Dowiedziałem się, że u mojego znajomego zdiagnozowano glejaka. Najostrzejszy stopień. Nie byliśmy ze sobą zżyci jak bracia krwi, nie spędzaliśmy weekendów na wspólnym budowaniu karmników dla ptaków, ale to naprawdę świetny facet. Ledwo skończył pięćdziesiątkę i nagle, w środku zwykłego wtorku, dostaje taki kosmiczny „prezent”. Wbiło mnie to w ziemię na głębokość wód gruntowych. Skoro dla mnie, kumpla z dalszego rzędu, to był szok na miarę uderzenia asteroidy, to nawet nie potrafię sobie wyobrazić, przez jakie niewyobrażalne piekło przechodzi on sam i jego najbliżsi. Kryzys to chyba najbardziej nieadekwatne, blade słowo, jakiego można by tu użyć.
Ale to dopiero początek tej upiornej komedii pomyłek, jaką jest nasze życie. Od wspólnych znajomych dowiedziałem się, że ten wspaniały system państwowy uznał, że facet nie kwalifikuje się do programu wsparcia. Został sam. Wobec tego jedyną opcją pozostaje komercyjna terapia, wyceniona na skromne... dwa miliony złotych.
Na szczęście wielkie koncerny farmaceutyczne mają w sobie tyle dobroduszności, że oferują ludziom, którym los właśnie wypłacił potężnego gonga zardzewiałą sztachetą w potylicę, system ratalny. Opłata wpisowa za uruchomienie procesu to bagatela trzysta tysięcy złotych, a potem wystarczy już tylko płacić sto pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie. To jak subskrypcja na Netflixa. Z tą drobną różnicą, że zamiast dostępu do średniej jakości seriali o wampirach, w zamian dostajesz możliwość nieumierania przez kolejne trzydzieści dni. Najdroższy abonament na świecie.
Dokładnie tego samego dnia, próbując uciec myślami od tego koszmaru, odpaliłem program „Farma Clarksona”. I co dociera do moich uszu? Że sam niezniszczalny, głośny, arogancki Jeremy Clarkson - człowiek, który w swoim życiu wypił prawdopodobnie więcej piwa niż mieści się w Morzu Bałtyckim i przetrwał rzeczy, które zabiłyby nosorożca - również musiał spojrzeć kostusze głęboko w oczy. To rak prostaty… Jego dalszy byt na tej planecie oraz udział w programie stanęły pod wielkim znakiem zapytania.
Siedziałem na kanapie i współczułem im obu. Zrozumiałem wtedy przerażającą prawdę. Niezależnie od tego, czy jesteś zwykłym Kowalskim z wyższej klasy średniej w Polsce, czy milionerem-celebrytą z własną farmą w Oxfordshire, który ma pod domem flotę supersamochodów - kiedy biologia mówi „sprawdzam”, jesteśmy równie bezbronni. Pieniądze, owszem, mogą kupić ci wspomnianą, upiorną „subskrypcję na życie”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak nie dają żadnej gwarancji sukcesu w wyzdrowieniu.
Kiedy w końcu opadł bitewny kurz, a moje tętno wróciło do normy po dawce tych wszystkich rewelacji, zacząłem się zastanawiać. Generalnie nie wierzę w ezoteryczne bzdury. Nie czytam z fusów, nie gadam z drzewami i uważam, że kryształy służą co najwyżej do rzucania w irytujących sąsiadów. Jestem niemal pewien, że zbieg tych dwóch tak potężnych informacji w jeden dzień to tylko absolutny przypadek.
Ale jednak, gdzieś tam na samym końcu świadomości, między opędzlowanym batonikiem a kolejną czipsową chrupką, zakiełkowało jedno małe, wredne pytanie: a co, jeśli ten zimny, obojętny wszechświat próbuje mi jednak coś powiedzieć?
Jeśli tak jest, to jego komunikat nie jest subtelnym, pachnącym jaśminem szeptem anioła. To raczej ryk zepsutego silnika diesla wydobywający się prosto do ucha: „Weź się w końcu za siebie, stary durniu! Przestań żreć byle co, podnieś się z tej kanapy i idź, na miłość boską, na badania!”.
I chyba tym razem po prostu muszę go posłuchać
23.06.2026, 17:00
Opublikował: kr