19.07.2026

Ludzkość ma na swoim koncie kilka naprawdę spektakularnych, monumentalnych wręcz osiągnięć. Jako gatunek nauczyliśmy się ujarzmiać ogień, wymyśliliśmy pismo, zbudowaliśmy akwedukty, a wreszcie - opasaliśmy całą planetę gęstą siecią światłowodów. Zamknęliśmy moc obliczeniową, która kilkadziesiąt lat temu wystarczyła do posłania ludzi na Księżyc, w prostokątnym kawałku szkła i aluminium, który dziś niedbale upychamy w tylnej kieszeni spodni. Wyewoluowaliśmy do punktu, w którym algorytmy potrafią przewidzieć skład chemiczny odległych mgławic. Wydawałoby się, że nasz mózg osiągnął poziom, na którym kierują nim wyłącznie wyższe, cywilizacyjne idee.

Tymczasem prawda jest brutalna, bolesna i potwornie upokarzająca. Kiedy odrąbiemy tę całą technologiczną i intelektualną otoczkę, okazuje się, że podstawowy kod źródłowy ludzkiej cywilizacji jest równie skomplikowany, co instrukcja obsługi zacinającego się tostera.

Mówię oczywiście o słynnym, wyświechtanym haśle: „sex sells”. Od dekad jesteśmy z każdej strony bombardowani tym prymitywnym, bazującym na najniższych instynktach przekazem. Lata dziewięćdziesiąte i wczesne dwutysięczne - czas wielkiego boomu technologicznego - były w tym absolutnie mistrzowskie. Przypomnijcie sobie, jak wtedy sprzedawano nam technologię. Na wielkie, kartonowe pudła z nowymi kartami graficznymi czy płytami głównymi masowo wrzucano wizerunki na wpół nagich, wygenerowanych komputerowo cyber-wojowniczek lub elfek w zbrojach zakrywających mniej niż plaster na odcisk. Na każdych targach elektroniki typu E3 czy CeBIT roiło się od tak zwanych „booth babes” - modelek uwięzionych w mikroskopijnych strojach z lycry, którym kazano z pożądaniem gładzić obudowy nowych serwerów i routerów, choć w większości nie miały bladego pojęcia, czy to sprzęt do grania w Quake'a, czy nowoczesna kuchenka mikrofalowa. Seks sprzedawał przepustowość łączy, pakiety antywirusowe i Neostradę.

Czy zgadzam się z takim stanem rzeczy? Czy uważasz, że to jest normalne? Oczywiście, że nie. Ludzie są skomplikowani, mają różnorodne pasje, marzenia i talenty, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że nasza wspaniała, ucyfrowiona cywilizacja wciąż ma wgranego najtańszego, ewolucyjnego trojana, reagując na bodźce ze ślinotokiem godnym psa Pawłowa.

Jednak to, co działo się w marketingu przez ostatnie dekady, to było jedynie niewinne preludium w porównaniu z potwornym atakiem jądrowym na zdrowy rozsądek, którego właśnie doświadczamy. Obecnie jesteśmy świadkami niezrozumiałego, pędzącego z przepustowością najszybszych łącz trendu do całkowitego i bezwzględnego normalizowania prostytucji.

Zdecydowanie i z całą stanowczością nie zgadzam się z ruchem, który próbuje nam wmówić, że „zawody” okupione bezpośrednią lub pośrednią sprzedażą własnego ciała to po prostu kolejny, innowacyjny model biznesowy. Zjawisko to rozrosło się do takich rozmiarów, że zaczyna przypominać złośliwy ransomware, który zainfekował tkankę naszego społeczeństwa i zaszyfrował nasze resztki moralności.

Zacznijmy od wierzchołka tej góry lodowej. Mam na myśli te słynne, niebieskie platformy subskrypcyjne. Zastępy, całe potężne zastępy e-kurtyzan, które napędzają ruch na swoje profile za pomocą algorytmów z TikToka i Instagrama. To zjawisko zdemokratyzowało najstarszy zawód świata w sposób, który przyprawia o fizyczne mdłości. Kiedyś, by uprawiać tę profesję, trzeba było marznąć na rogu ulicy czy przy leśnej drodze, w mroku i poczuciu wstydu. Dzisiaj? Dzisiaj wystarczy kupić na chińskim portalu aukcyjnym okrągłą lampę LED za równowartość dwóch kaw ze Starbucksa, ustawić ją w sypialni na tle niezaścielonego łóżka i rozpocząć „karierę w branży cyfrowej rozrywki”.

Te dziewczyny z absolutną, niezachwianą pewnością siebie nazywają się bizneswomen, przedsiębiorcami, twórczyniami internetowymi. Przekonują nas, że są założycielkami własnych, jednoosobowych start-upów. Błagam was. Twórcą internetowym był nerd w wyciągniętym swetrze, który kilkanaście lat temu przez trzy lata, po nocach, za darmo pisał na niszowym forum poradnik, jak krok po kroku zrootować wczesnego Androida, albo jak obejść wadliwy kod w grze RPG, żeby inni mogli grać bez crashy do pulpitu. Ty, moja droga, sprzedajesz zdjęcia swoich stóp i pośladków w chmurze facetom, którzy w normalnych okolicznościach nigdy by z tobą nie porozmawiali. Nazywanie tego radosnego obnażania się zaszczytnym mianem „bycia swoim własnym szefem” jest obrazą dla każdego człowieka, który kiedykolwiek musiał wstać o szóstej rano, by otworzyć własną piekarnię lub poprowadzić lokalny serwis naprawy zalanych kawą laptopów.

Ale do kogo one mówią? Kto jest odbiorcą docelowym tego produktu? I to jest kolejna, mroczna warstwa tego cyfrowego szamba. Klienci. Armie samotnych, zdesperowanych użytkowników, którzy dobrowolnie, w modelu miesięcznego abonamentu niczym za Netflixa, przelewają lwią część swojej wypłaty z pracy w magazynie czy korporacji na konto kompletnie obcej kobiety. Wszystko po to, by poczuć iluzję bliskości. Płacą astronomiczne kwoty za dostęp do spikselowanych zdjęć i filmów. To przypomina najgorszą formę gry w modelu pay-to-win, z tą drobną różnicą, że w tym przypadku gracz ładuje setki dolarów w system mikrotransakcji, by na koniec nie wygrać absolutnie niczego. To jest wirtualne frajerstwo na skalę globalną. Sprzedawanie paczek danych z zerami i jedynkami ułożonymi w kształt dekoltu, za cenę czystego złota.

Jednak zanurkujemy do odmętów współczesnej obyczajowości, uderzymy głową o prawdziwy, najciemniejszy korpus góry lodowej. Szybko okazuje się bowiem, że oprócz zdigitalizowanych e-kurtyzan, mamy też te z realnego świata. I to one wytyczają najnowszą, najbardziej szokującą granicę absurdu.

Wyobraź to sobie, bo to dzieje się tu i teraz. Otwierasz popularną aplikację z podcastami albo YouTube'a. Widzisz profesjonalne studio nagraniowe. Miękkie, neonowe światło RGB w tle, wygłuszające panele akustyczne na ścianach. Na stole stoją dwa potwornie drogie mikrofony, a między nimi spoczywa ekologiczny kubek. Naprzeciwko prowadzącego, w modnym garniturze od projektanta, siedzi kobieta, która całkowicie jawnie, z twarzą pełną powagi, zajmuje się świadczeniem klasycznych usług seksualnych za pieniądze.

I jak o tym mówi? Czy słyszymy opowieść o upadku, trudnych wyborach, patologii środowiska lub życiowej desperacji? Skądże znowu. Słuchamy dyskusji na poziomie panelu eksperckiego podczas konferencji dla menedżerów IT najwyższego szczebla.

Te kobiety opowiadają o realiach swojej "pracy", używając języka, który został żywcem wyciągnięty z najgorszych podręczników korporacyjnego żargonu. Mówią o „work-life balance” (równowadze między życiem zawodowym a prywatnym). Rozprawiają o „optymalizacji czasu spotkań z klientami”, o „stawianiu granic w relacjach B2B”, o „budowaniu portfolio” i o zawiłościach „obsługi trudnego konsumenta”. Siedzą tam i ze śmiertelną powagą dyskutują o tym, że bycie prostytutką to praca jak każda inna, wręcz misja edukacyjna i wsparcie psychologiczne dla społeczeństwa, zupełnie jakby opisywały wdrażanie nowego systemu operacyjnego w dużej firmie.

Zestawcie to, proszę, z prawdziwym rynkiem pracy. Zwykłymi, codziennymi zawodami, które utrzymują naszą cywilizację w jednym, funkcjonującym kawałku. Wyobraźcie sobie chirurga po szesnastogodzinnym dyżurze, który właśnie przyszył komuś odciętą dłoń. Wyobraźcie sobie strażaka wychodzącego z płonącego budynku. Albo chociażby zmęczonego administratora sieci, który o trzeciej nad ranem, w serwerowni z temperaturą zbliżoną do zera absolutnego, ratuje padające bazy danych całego banku, bo jakiś stażysta wcisnął niewłaściwy skrót klawiszowy.

I teraz każcie im posłuchać podcastu, w którym dwudziestopięciolatka z doczepionymi rzęsami mówi, jak potwornie wyczerpująca jest jej "praca" polegająca na leżeniu na plecach w pięciogwiazdkowym hotelu, narzekając przy tym, że "klient nie docenił jej starań w zarządzaniu jego emocjonalnymi KPI". To jest absolutny, potężny policzek wymierzony każdemu, kto kiedykolwiek poznał smak prawdziwego, uczciwego wysiłku fizycznego lub intelektualnego.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, w jaki sposób to zjawisko zostało zabezpieczone przed krytyką. Zbudowano wokół tego szczelny firewall ulepiony z modnych haseł, którego nie przebije żaden antywirus. Jeśli, tak jak ja czy ty, śmiesz podnieść głos sprzeciwu i stwierdzić: "Zaraz, chwileczkę, odpalmy program diagnostyczny, to jest przecież zwykła prostytucja, to nie jest żaden powód do chwały" - natychmiast zostajesz zrównany z ziemią. Zostajesz okrzyknięty dinozaurem nie nadążającym za nowoczesnym światem, purytaninem, toksycznym dziadersem, który nienawidzi kobiet i próbuje kontrolować ich ciała. Zostajesz oskarżony o brak tolerancji. Mówi nam się, że to wszystko to „empowerment”, czyli usamodzielnienie i odzyskanie władzy nad własnym życiem.

Żebyśmy mieli całkowitą jasność i zanim ktoś oskarży mnie o chęć instalowania średniowiecznej inkwizycji - nie mam absolutnie nic do ludzkich fantazji seksualnych, fetyszy czy preferencji ukrytych głęboko w zaszyfrowanych folderach na domowych dyskach. Jesteśmy tylko ludźmi, zbiorem pełnym błędów i wariacji. Jeśli dwoje dorosłych, świadomych użytkowników tego świata ma ochotę realizować za zamkniętymi drzwiami najdziwniejsze scenariusze, to ich prywatna sprawa, do której nie mam zamiaru się wtrącać. To, co uderza mnie w tym wszystkim najbardziej, co powoduje u mnie ostateczne przeciążenie procesora, to fakt, że współczesny świat usilnie stara się znormalizować to zjawisko i zrównać je w katalogu pojęć ze zwykłym zawodem, jak praca w księgowości czy na budowie. Granica intymnej fantazji, zarezerwowanej dla sfery prywatnej, została tu bezczelnie zhakowana, a następnie przekonwertowana na chłodną, zoptymalizowaną pod kątem zysków usługę B2B. Nasza intymność stała się po prostu kolejnym, mierzalnym rekordem w korporacyjnym arkuszu kalkulacyjnym.

Jeśli wmówienie całemu pokoleniu młodych dziewczyn, że najszybszą, najbardziej podziwianą i akceptowalną społecznie drogą do sukcesu finansowego jest założenie profilu i rozbieranie się przed kamerką internetową dla anonimowych avatarów, to jest ta słynna „siła” i „niezależność”, to ja oficjalnie proszę o odłączenie mnie od tego serwera, bo chciałabym wylogować się i wyjść na zewnątrz.

To nie jest żadna emancypacja. To gigantyczny, obyczajowy i cyfrowy wał, scam stulecia, w którym starożytny wyzysk został przeprogramowany i zapakowany w błyszczący, różowy interfejs z napisem „niezależność biznesowa”. Pozwoliliśmy, aby margines społeczny, o którym kiedyś mówiło się co najwyżej w aktach policyjnych, zalogował się z uprawnieniami administratora na nasze salony, założył słuchawki z mikrofonem i zaczął pouczać nas o przedsiębiorczości. I z całą stanowczością muszę stwierdzić, że na ten krytyczny błąd systemu nie pomoże już żadna łatka optymalizacyjna. Zostaje nam tylko brutalnie wyciągnąć wtyczkę z gniazdka, odczekać w ciszy dziesięć sekund i mieć cichą, desperacką nadzieję, że po restarcie ludzkość znowu wróci do ustawień fabrycznych.

19.07.2026, 12:01

Opublikował: kr

WPIS 2 / 13© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności