08.07.2026

Jak już zapewne wywnioskowaliście z moich poprzednich, przepełnionych bólem i cholesterolem raportów z frontu, prowadzę totalną, bezlitosną wojnę z otyłością. I muszę wam szczerze wyznać, że na ten moment moja kampania idzie z równie imponującą skutecznością, co próby wynalezienia bezpiecznej fuzji termojądrowej. Zostałem sromotnie wzięty do niewoli. Moim naczelnikiem i strażnikiem jest mój własny, wewnętrzny Grubas - tyran o mentalności rzymskiego cesarza Kaliguli, który żąda rzucania mu na pożarcie kolejnych węglowodanów i odrzuca wszelkie traktaty pokojowe.

Ale każdy więzień wojenny wie, że kluczem do przetrwania jest przechytrzenie strażnika. Moja genialna strategia ucieczki opiera się na koniu trojańskim. Mówiąc prościej: z premedytacją oszukuję swojego oprawcę. Zamiast przeżuwać organiczny jarmuż, który w smaku i fakturze przypomina zmielone wióry z tartaku, wcinam fast food. Tyle że robię to z matematyczną precyzją księgowego z Wall Street, upychając te wszystkie radosne niezdrowości w sztywne ramy mojego dziennego zapotrzebowania kalorycznego.

I w ten właśnie taktyczny sposób wylądowałem dzisiaj w jednym ze sklepów spożywczych z tym zadowolonym, zielonym płazem w logo. To miejsce to absolutny fenomen naszych czasów. Wchodzisz tam, żeby kupić wodę gazowaną, a wychodzisz z maszynką do golenia, nowym kredytem hipotecznym i gorącą kawą. Ja udałem się tam z jedną misją: po ich mrożoną pizzę.

Proces powstawania tego dania to czysta magia. Pracownik wyciąga z zamrażarki okrągły dysk, który twardością i gęstością materii dorównuje poszyciu czołgu Rudy 102. Następnie wrzuca to do mikroskopijnego piecyka - urządzenia, które najwyraźniej zasilane jest przez kontrolowaną fuzję jądrową lub ciemną materię pozyskaną z innej galaktyki. Po kilkudziesięciu sekundach ten lodowy spodek zamienia się w gorący, bulgoczący placek. Co najważniejsze, ta pizza jest zaskakująco zjadliwa, a jej makro idealnie wpasowuje się w mój plan operacyjny.

Wracałem więc do domu po treningu, podczas którego pociłem się jak świadek koronny na procesie kolumbijskiego kartelu. Jechałem ulicą, z czystą, zwierzęcą rozkoszą jadłem wciąż dymiącą pizzę i słuchałem audycji o problemach z wagą we współczesnym społeczeństwie.

I w pewnym momencie to usłyszałem. Pani ekspertka, zaproszona do studia, z głosem tak aksamitnym, jakby owijała bawełną małe, bezbronne kurczaczki, wypowiedziała na antenie sformułowanie: „osoba w kryzysie otyłości”.

Zamarłem w bezruchu. Kawałek gorącego sera wpadł mi prosto do gardła, prawie mnie dusząc. O „osobach w kryzysie bezdomności” zdążyłem już usłyszeć setki razy. Ta urzędnicza, miękka nowomowa zadomowiła się w naszym języku niczym pleśń w rogu źle wentylowanej łazienki. Ale „kryzys otyłości”? To był absolutny, dziewiczy lot w kosmos ludzkiego absurdu.

Za nic w świecie nie potrafię pojąć, skąd wzięła się ta ogólnoświatowa obsesja zmiękczania rzeczywistości do konsystencji papki dla niemowląt. Kiedyś facet był po prostu gruby. Zjadał za dużo lodów z podwójną polewą, zapijał to litrami piwa, a jego główną aktywnością fizyczną było sięganie po pilota od telewizora, więc stawał się gruby. A teraz? Teraz jest w „kryzysie”.

Posłuchajcie mnie uważnie. Kryzys to my mamy, kiedy w Boeingu lecącym dziewięć tysięcy metrów nad Atlantykiem nagle odpadają drzwi. Kryzys to sytuacja, w której dinozaury patrzą w niebo i widzą wielką, płonącą asteroidę pędzącą w stronę Półwyspu Jukatan. Ewentualnie kryzysem można nazwać moment, w którym w południowej Francji niespodziewanie kończą się zapasy dobrego, czerwonego wina. Ale otyłość to nie jest nagła katastrofa geopolityczna ani anomalia pogodowa, która spada na ciebie jak grom z jasnego nieba! Ja nie jestem w żadnym kryzysie. Ja po prostu własnoręcznie, przez wiele lat, z uśmiechem na twarzy montowałem wokół swojego pasa koło ratunkowe z frytek i majonezu!

Ale nie, współczesny świat uznał, że nikt nie może ponosić odpowiedzialności za własne, fatalne decyzje. Wielkie korporacje, działy HR i całe to zakłamane Hollywood wpadły w histerię tworzenia bezpiecznych przestrzeni dla każdego, najdrobniejszego odchylenia od normy. Zaraz dowiemy się, że zderzenie Titanica z górą lodową to była „nieplanowana, szorstka interakcja z ukształtowaniem terenu wodnego”. I będą nas tym karmić tak długo, aż algorytmy finansowe w biurowcach na Manhattanie nie wykażą, że to przestaje się opłacać.

Problem polega na tym, że to wszechogarniające chuchanie na każdego i paraliżujący strach przed byciem „agresywnym” prowadzi do absolutnego upadku podstawowych ludzkich kompetencji. Z powodu tego trendu, ludzie zatracają zdolność wykonywania najprostszych manualnych zadań. I tu uderzamy prosto w mrożoną pizzę.

Z powodu tej całej bezstresowej, pluszowej poprawności politycznej, stojąc przy kasie, wiem dokładnie, w jakim stanie otrzymam mój posiłek. Patrzę na pracownika i od razu widzę, czy chłop przetnie ten placek z siłą średniowiecznego rycerza dzierżącego miecz oburęczny... czy też użyje plastikowego radełka z delikatnością sapera na polu minowym, bojąc się użyć nacisku, by przypadkiem nie zranić uczuć zapiekanej szynki i nie naruszyć przestrzeni osobistej pieczarek.

Efekt jest taki, że dwie minuty później siedzę w samochodzie. W jednej ręce trzymam kawałek pizzy i warcząc z bezsilnej frustracji, próbuję rozerwać ten niedokrojony, serowy twór za pomocą własnych rąk. Wyglądam przy tym jak prehistoryczny drapieżnik, który właśnie dorwał padlinę i walczy z nią na śmierć i życie, brudząc tapicerkę sosem pomidorowym.

A wszystko to dlatego, że w dzisiejszych czasach użycie odpowiedniej siły do pokrojenia cholernego placka pokrytego sosem pomidorowym na osiem równych kawałków urosło do rangi zadania niewykonalnego. I gwarantuję wam, że to jest prawdziwy, najprawdziwszy kryzys...

08.07.2026, 23:15

Opublikował: kr

WPIS 6 / 13© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności