13.06.2026

Mam na liczniku prawie czterdzieści lat i na co dzień żyję w betonowej dżungli wielkiego miasta. I wiecie co? Pamiętam z absolutną, krystaliczną precyzją, jak moja matka, moja babka i prawdopodobnie każda inna kobieta w moim drzewie genealogicznym aż do wczesnej epoki brązu, zajmowały się produkcją kompotu.

To nie było zwykłe gotowanie. To była wysokowydajna linia produkcyjna, w której sezonowe owoce poddawano obróbce z precyzją godną inżynierów z NASA.

Część tego wspaniałego, słodkiego płynu wypijaliśmy na miejscu, prosto z „taśmy produkcyjnej”. Reszta? Reszta trafiała do słoików, gdzie wekowano ją na mroczne zimy z siłą docisku, jakiej nie powstydziłby się Mariusz Pudzianowski. Ten łańcuch trwał od stuleci. Matka uczyła się od babki, babka od prababki, i tak dalej, w nieskończoność.

Dla mnie ten cały kompot jest równie naturalny co oddychanie. Albo fakt, że gdy w niedzielę na stół wjeżdża potężny złotooki rosół, to w poniedziałkowy poranek - na mocy prastarych praw - przechodzi on gruntowny lifting i wyjeżdża na salony jako zupa pomidorowa. Nie dyskutujesz z tym. Tak samo jak nie dyskutujesz z tym, że na Święta musi pojawić się pieróg z kapustą i grzybami o masie własnej sporego noworodka.

I kiedy już myślałem, że widziałem w internecie absolutnie wszystko... Kiedy byłem pewien, że sieć wypluła z siebie każdą możliwą do wyobrażenia, absurdalną bzdurę... Wydarzyło się to.

Gdzieś za oceanem, w tej przedziwnej krainie mediów społecznościowych, gdzie miliony ludzi z powagą godną kardiochirurgów wpatrują się w tańczących nastolatków, wybuchły dwa "rewolucyjne" trendy. Amerykanie z triumfem odkryli coś, co nazwali... fruit water i chicken tea. Owocowa woda. Herbata z kurczaka.

Zachowują się tak, jakby właśnie rozszczepili atom w garażu, albo zbudowali prom kosmiczny z puszek po fasoli i polecieli nim na Saturna. Podczas gdy my tutaj, w Europie, uprawiamy ten kulinarny sport wyczynowy od pokoleń, oni nagle zorientowali się, że owoce wrzucone do wody mają smak, a wywar z drobiu nadaje się do picia z kubka.

Nie są to trendy aż tak kretyńskie jak jedzenie kapsułek do prania czy przysmaków dla koni. Ani tak szkodliwe jak patostreamy czy grupowy lincz na bogu ducha winnym dziecku, bo jakiś herszt grupy zwyrodnialców w podstawówce czy liceum tak postanowił. Jest to jednak obraz znamienny, który pozwala mi myśleć, że film "Idiokracja" w reżyserii Mike'a Judge'a to nie fantastyka a proroctwo.

Ludzkość nie przestaje mnie zaskakiwać, ale trendy tego pokroju to bez wątpienia prawie najgłupsza rzecz... na świecie.

13.06.2026, 17:42

Opublikował: kr

WPIS 13 / 13© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności