Archiwum
wrzesień 2026
sierpień 2026
lipiec 2026
29.08.2026
Anatomia upadku, czyli tytan na kolanach przed igłą
Słyszałem dzisiaj o człowieku, który oddaje krew z zegarmistrzowską regularnością. Zaledwie jego szpik kostny zdąży zregenerować ubytki, a organizm odhaczy przymusowy okres karencji, ten heros już melduje się w punkcie krwiodawstwa. Chylę czoła tak nisko, że niemal uderzam nim w kafelki. Dobrze wiedzieć, że po tym padole łez wciąż stąpają altruistyczni tytani, których układ krążenia działa jak niezawodna pompa głębinowa, a widok grubej igły nie wyzwala w nich chęci natychmiastowej ewakuacji przez zamknięte okno.
Ja jestem absolutnym, wręcz karykaturalnym zaprzeczeniem takich herosów. W moim przypadku zwykłe pobranie krwi to antyczna tragedia rozpisana na cztery dramatyczne akty. Akt pierwszy to brawura i entuzjazm. Pełen ułańskiej fantazji i bohaterskiej postawy jadę do przychodni, czując się niczym husarz przed szarżą. W akcie drugim rośnie napięcie. Kiedy siadam w dusznej poczekalni, mój wewnętrzny zasilacz zaczyna piszczeć z przeciążenia, a atmosfera gęstnieje jak przed odczytaniem wyroku skazującego na dekapitację. Akt trzeci to już czysta, nieuleczalna psychoza. Widok gabinetu zabiegowego sprawia, że zwykła igła strzykawki rośnie w moich oczach do rozmiarów wielorybniczego harpuna. Wreszcie nadchodzi akt czwarty - kulminacja. Moje systemy obronne ogłaszają kapitulację, oblewają mnie zimne poty, a główny bezpiecznik z głośnym trzaskiem odcina zasilanie. Gasną światła. Kurtyna!
Zazwyczaj tą kurtyną jest po prostu linoleum, bo w tym dokładnie momencie z gracją worka cementu osuwam się z krzesła. Ponieważ pielęgniarki, nie dysponując przemysłowym podnośnikiem widłowym, nie są w stanie utrzymać w pionie mojej imponującej masy, kończę na podłodze. Lekko wspierany przez te przemiłe kobiety, ratuję resztki godności, tłumacząc sobie, że przynajmniej urozmaiciłem im ten monotonny dzień.
W końcu co może być bardziej atrakcyjnego niż próba reanimacji wiotkiego grubasa, który właśnie zrestartował się do ustawień fabrycznych? Zawsze to lepsza rozrywka niż osiem godzin taśmowego wkłuwania się w żyły i słuchania drących się w niebogłosy „gówniaków”. Przynajmniej w trakcie przerwy na kawę mogą pożartować, że właśnie zbierały z parkietu postawnego wikinga. Wikinga, który zdecydowanie zbyt długo i zbyt kalorycznie ucztował w wielkiej sali domostwa swojego Jarla, a teraz poległ w starciu z kawałkiem naostrzonej stali.
Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak to u mnie działa. Wiem tylko jedno: im jestem starszy, tym mój organizm gorzej znosi tę procedurę, zupełnie jakby dawno temu skończyła mu się gwarancja producenta na odporność stresową.
Niestety, ten wyrok został już odroczony do ostatecznych granic i w bardzo nieodległym czasie muszę poddać się temu zabiegowi ponownie. To nieuniknione. Wielka wojna z wewnętrznym Grubasem wymaga regularnego sprawdzania logów systemowych, a każde pobranie krwi jest moją prywatną, krwawą bitwą. Moim osobistym, lśniącym od potu Waterloo. Pytanie tylko, czy znowu zmaterializuje się scenariusz Napoleoński czy może jednak wojsk koalicji Brytyjsko-Niderlandzkiej.
29.08.2026, 22:02
Opublikował: kr