22.08.2026

Wakacyjna anarchia i taktyczne seppuku, czyli kroniki dietetycznego poligonu

Sierpień nieuchronnie chyli się ku upadkowi, a na prowincji jak spod ziemi wyrosły już te upiorne, słomiane golemy. Z przydrożnych pól gapią się na nas dożynkowe figury ulepione z potężnych beli siana. Wyglądają jak pogańskie bóstwa z przeceny, którym w przypływie radosnej twórczości wciśnięto w słomiane dłonie stare gumiaki, grabie i upiorne uśmiechy wycięte z tektury. Te monumentalne totemy to nieomylny zwiastun tego, że czas wakacyjnej beztroski został bezpowrotnie anulowany. Żniwa za nami, lato właśnie z hukiem zamyka za sobą drzwi, a w powietrzu wyraźnie czuć już zimny powiew powrotu do korporacyjnego kieratu. I to właśnie ten specyficzny, schyłkowy klimat sprawił, że moja żelazna dyscyplina zaliczyła wczoraj spektakularną, choć na szczęście krótkotrwałą katastrofę.

Ostatnie wpisy w moim wirtualnym pamiętniku przypominały oficjalne biuletyny kwatery głównej po serii absolutnie miażdżących, zwycięskich kampanii. Triumf gonił triumf. Ten dzisiejszy raport też w zasadzie można by oprawić w dębową ramkę i powiesić w galerii chwały, gdyby nie fakt, że na samym końcu ktoś wylał na niego wiadro taniego, gorzkiego dziegciu.

Zacznijmy od sukcesów. Byłem na urlopie. A urlop, jak powszechnie wiadomo, to ten niebezpieczny, wyjęty spod prawa czas, w którym kalorie liczy się z taką samą dokładnością, z jaką średniowieczni władcy liczyli straty wśród chłopskiej piechoty - czyli wcale. Odrzuciłem tabelki, wyciszyłem kalkulatory i zaryzykowałem jedzenie całkowicie na wyczucie. Zupełnie jak zdegenerowany hrabia w kasynie, który zgubił okulary i po prostu rzuca na ruletkę rodowe sygnety, w ogóle nie sprawdzając stanu konta. Jadłem to, na co miałem ochotę, zachowując przy tym resztki intuicyjnego zdrowego rozsądku. Pojawił się też alkohol, który - nie oszukujmy się - w sensie uderzenia kalorycznego traktuje ludzki metabolizm z subtelnością bomby kasetowej.

Byłem absolutnie zafascynowany tym, jak ten eksperyment się skończy. Byłem święcie przekonany, że po półtora tygodnia dietetycznej wolnoamerykanki moja waga wskaże liczbę zbliżoną do rocznego wydobycia węgla na Śląsku. I co? I tu nastąpił zwrot akcji godny Hitchcocka. Wróciłem do domu lżejszy, niż z niego wyjechałem! Okazało się, że moje nieustanne marsze i wplatane w to wszystko treningi zadziałały niczym perfekcyjnie zaprojektowany, rzymski akwedukt, który na bieżąco i bezbłędnie odprowadzał cały nadmiar napierającej wody. Zwiększona aktywność i brak stresu sprawiły, że to wszystko skompensowało się w idealnych, niemal alchemicznych proporcjach.

Aż nadszedł dzisiejszy dzień. Dzień, w którym mój wewnętrzny układ odpornościowy na lenistwo złożył broń, wywiesił białą flagę i popełnił taktyczne seppuku.

Miałem w planach trening, ale dopadł mnie leń o masie i gęstości ołowianego kowadła. Zamiast się wybiegać, postanowiłem zdemolować swoją misternie budowaną rutynę. Moja linia obrony przed śmieciowym jedzeniem upadła szybciej niż francuska Linia Maginota w czterdziestym roku. Pochłaniałem absolutny, przetworzony szajs z żarłocznością czarnej dziury, wrzucając w siebie lekką ręką nadwyżkę jakichś dwóch tysięcy kalorii.

Zaraz potem pojawiły się klasyczne, paraliżujące pytania. Czy to już koniec? Czy to ten moment, w którym po wspaniałym miesiącu idealnego trzymania fasonu, znowu staczam się w otchłań? Odpowiedź jest prosta, bezlitosna i mocno psychologiczna. Za marne dwa dni wracam do pracy. Owo widmo biurowego obowiązku majaczy na moim horyzoncie niczym zbliżająca się Hiszpańska Inkwizycja, a mój zdezorientowany mózg - w akcie czystej desperacji - postanowił znieczulić ten lęk, zajadając emocje pustymi węglowodanami.

No i masz babo placek. Logika została zrównana z ziemią. Ale usiądźmy na chwilę, weźmy głęboki oddech i spójrzmy prawdzie w oczy, odkładając na bok ten cały pesymizm. Czy to faktycznie koniec świata?

Moja wewnętrzna twierdza po prostu straciła jedną cegłę w murze. Ale czy jedno drobne pęknięcie w fortyfikacji sprawia, że od razu otwierasz bramy na oścież i z płaczem zapraszasz wroga na ucztę? Oczywiście, że nie. To, że dziś mój wewnętrzny Grubas wygrał jedną, żałosną potyczkę i nakarmił mnie syfem, nie oznacza przegranej wojny. Nawet doskonale wyszkolonym rzymskim legionom zdarzało się dostać spektakularny łomot od barbarzyńców, żeby chwilę później się przegrupować i rozjechać ich w pył.

Zaliczyłem po prostu bolesne potknięcie na nierównym bruku przed powrotem do rzeczywistości. Jutro wstaję, otrzepuję pancerz i wracam na właściwy szlak. Jeden obżarty dzień w skali całego, genialnego miesiąca to zaledwie historyczny przypis, z którym moja dobrze zorganizowana armia poradzi sobie bez najmniejszego problemu. Czas wytrzeć usta z okruszków i wracać do gry.

22.08.2026, 19:26

Opublikował: kr

WPIS 6 / 23© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności