11.09.2026

Geologiczny romans, czyli jak pomylono gruz z arcydziełem

Ludzkość przeszła fascynującą, monumentalną drogę. Od łupania krzemienia w wilgotnych jaskiniach, przez wznoszenie rzymskich akweduktów, po rewolucję przemysłową i rozbicie atomu. Jesteśmy bezdyskusyjnymi tytanami. Zbudowaliśmy maszyny, które w ułamku sekundy przetwarzają terabajty danych, okiełznaliśmy ogień, pokonaliśmy grawitację i z buta weszliśmy na Księżyc. To wszystko ukształtowało świat, w którym dziś żyjemy. Wydawało mi się, że po tak gigantycznym wysiłku ewolucyjnym mój mózg wyrobił sobie już odpowiednio grube filtry i absolutnie nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

A jednak. Kolejni reprezentanci naszej wspaniałej rasy usilnie próbują udowodnić mi, że granice absurdu to dla nich zaledwie niewidzialna linia narysowana patykiem na piasku. I cholera jasna, niektórym się to udaje.

W jednej z katowickich galerii sztuki, w ramach czegoś, co dumnie ochrzczono „Kongresem Estetycznym”, zaprezentowano instalację o chwytliwym tytule „Kissing a Rock”. Co to dokładnie jest? Wyobraźcie sobie zamknięte, sterylnie oświetlone pomieszczenie, w którym ktoś wysypał kilka żwirowych kupek, rozłożył parę przypadkowych głazów, wyglądających jakby przed chwilą wypadły z ciężarówki na placu budowy, i dorobił do tego ideologię o... całowaniu kamieni.

Twórcy z pełną powagą proponują nam wejście w „intymną, postantropocentryczną relację z materią nieożywioną”. Zachęcają do fizycznego zbliżenia ze skałą, co ma rzekomo obudzić naszą geologiczną empatię, nawiązać międzygatunkowy dialog z litosferą i prawdopodobnie ukoić nasze zbiorowe traumy z epoki lodowcowej. Cały ten budowlany bałagan został szczelnie owinięty w tak gęstą, bełkotliwą nowomowę, że można by nią z powodzeniem uszczelniać okna na zimę.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem twardogłowym ignorantem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że sztuka jest ludzkości niezbędna do zachowania równowagi psychicznej. Ale gdzieś musi przebiegać ta cienka, czerwona linia oddzielająca wyższą estetykę od zbiorowej halucynacji. Jeśli wysypię na środku własnego salonu dwa wiadra tłucznia, moja partnerka natychmiast każe mi po to posprzątać, ewentualnie dyskretnie zadzwoni po specjalistów w białych kitlach. Jeśli zrobię dokładnie to samo w galerii i napiszę do tego pretensjonalny tekst, natychmiast dostaję państwowy grant, a poważne gremium w golfach kiwa głowami nad moją niebywałą wrażliwością. To tak, jakby inżynier przyniósł na budowę mostu wiadro błota i żądał zapłaty, twierdząc, że to nowatorski materiał nośny, bo on tak właśnie czuje.

Patrząc na ten cały geologiczny romantyzm, mój wciąż głodny mózg - będący obecnie w permanentnym trybie cięcia kalorii - wyprodukował tylko jedną, wysoce pragmatyczną myśl. Szkoda, że w drodze ewolucji nasz układ pokarmowy nie przystosował się do trawienia kamieni polnych.

Przecież to byłby absolutny Święty Graal dietetyki! Kompletne zero kalorii, brak jakichkolwiek węglowodanów, a ile satysfakcjonującego chrupania! Byłaby to idealna, objętościowa przekąska na wieczorny seans filmowy. Mój wewnętrzny Grubas wreszcie byłby w pełni usatysfakcjonowany, przeżuwając granitowe otoczaki zamiast solonych orzeszków, a ja chudłbym w oczach. Kto wie, może wtedy sam zostałbym wielkim artystą, który w ramach sztuki współczesnej i odchudzania po prostu zjada gruz na oczach zszokowanej publiczności.

11.09.2026, 11:41

Opublikował: kr

WPIS 2 / 23© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności