15.082026

Darwin na e-hulajnodze, czyli naturalna selekcja przy sześćdziesięciu na godzinę

Pamiętasz te stare, dobre, niemal nostalgiczne czasy? Ten piękny, czarno-biały i całkowicie zrozumiały układ sił na naszych drogach? Przez całe dekady sprawa była prosta niczym budowa cepa: wrogiem publicznym numer jeden był rowerzysta. To była klasyczna, niemal plemienna wojna stuletnia, w której zakuci w blachę kierowcy toczyli codzienne boje z ubranymi w obcisłą lycrę kolarzami. Obie strony miały swoje twarde argumenty, swoje linie obrony i swoje utarte przewiny. Nienawiść do jednośladów napędzanych siłą ludzkich mięśni była trwała, solidna i przekazywana z pokolenia na pokolenie, niczym rodowe srebra.

Tymczasem biologia i socjologia nie znoszą próżni. Rowerzyści muszą się dziś czuć jak obaleni monarchowie, którym brutalnie zdarto koronę z głów. Zostali zepchnięci z piedestału najbardziej znienawidzonych użytkowników dróg, a ich miejsce zajęła nowa, znacznie bardziej nieprzewidywalna mutacja.

Na asfalcie wykluł się nowy drapieżnik szczytowy. Watahy nastolatków na elektrycznych hulajnogach i dziwacznych hybrydach przypominających miniaturowe motocykle crossowe z filmów science-fiction. To już nie jest garstka entuzjastów ekologicznego transportu. To prawdziwa plaga, której zbiorowy iloraz inteligencji z ledwością dorównuje bystrości średnio rozgarniętej welonki pływającej w ciasnym akwarium.

Gdyby to były tylko powolne, leniwe zabawki, pół biedy. Niestety, ci młodzi władcy miejskiej przestrzeni szybko odkryli, że wirtualny kaganiec nałożony przez producenta da się łatwo zdjąć. Za sprawą prostego obejścia oprogramowania, te niewinnie wyglądające rurki z baterią zamieniają się w drogowe pociski. Mamy więc do czynienia z absolutnie przerażającym zjawiskiem: oto dwunastolatek w letnich szortach, z wiatrem we włosach i smartfonem w jednej dłoni, pędzi sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt kilometrów na godzinę po dziurawym chodniku. Fizyka przygotowała dla takich kaskaderów bardzo bolesne, krwawe niespodzianki, ale oni traktują zasady dynamiki Newtona z równą pogardą, co kodeks ruchu drogowego. Zupełnie jakby wierzyli, że w razie zderzenia z latarnią po prostu zresetują grę i zaczną od ostatniego punktu zapisu.

Najgorsze jednak zaczyna się w momencie, w którym te jednostkowe anomalie zaczynają zbierać się w stada. Kiedy organizują swoje słynne, uliczne zloty, przypominają zmasowany, mongolski najazd. Okupują wszystko, co da się zająć. Wylewają się na jezdnie, całkowicie zatykają ścieżki rowerowe, a pieszych na chodnikach traktują jak ruchome, irytujące pachołki na torze przeszkód. Przejeżdżają ci przed nosem milimetry od zderzaka, wypadają z martwych stref lusterek niczym duchy i lawirują między pasami ruchu, będąc święcie przekonanymi o własnej, cyfrowej nieśmiertelności.

Zadziwiające jest to, z jak potężną arogancją ci podlotkowie potrafią ignorować wszelkie zasady bezpieczeństwa - nie tylko cudzego, ale przede wszystkim własnego. Sposób, w jaki rzucają się pod koła dwutonowych SUV-ów, przywodzi na myśl taktykę japońskich kamikaze z czasów drugiej wojny światowej, z tą drobną różnicą, że tamci przynajmniej ginęli za cesarza. Ci ryzykują rozbiciem czaszki wyłącznie po to, by zaoszczędzić cztery sekundy na dojeździe do najbliższej kawiarni z popularnym, pompowanym cukrem napojem.

Być może musimy to po prostu przetrwać. Wziąć głęboki oddech, kupić lepsze ubezpieczenie zniżkujące za zarysowania karoserii i spokojnie czekać. W końcu Karol Darwin opisał te mechanizmy już w dziewiętnastym wieku. Skoro wrzuciliśmy do miejskiej dżungli pojazdy szybsze od rozsądku ich kierowców, pozostaje nam jedynie chłodna obserwacja, jak bezlitosne prawa naturalnej selekcji powoli, acz metodycznie, robią porządek w tej elektrycznej wylęgarni.

15.08.2026, 19:53

Opublikował: kr

WPIS 7 / 23© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności