08.09.2026

Triumf na krótkim dystansie, czyli nogi znacznie szybsze od rozsądku

Wiek chrystusowy przekroczyłem już jakiś czas temu, co bezlitośnie oznacza, że mój fundament psychologiczny wylewano w dzikich latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Jak w większości ówczesnych polskich domów, alkohol stanowił powszechnie akceptowane, ciche spoiwo rzeczywistości. Nie mówię tu o stereotypowej patologii z dziurawym dachem, gdzie krzesła latają przez okno. Mama desperacko trzymała front, a ojca mieliśmy w wersji abonamentowej – jego subskrypcja na bycie obecnym rodzicem wygasała punktualnie w południe. Kiedy tylko odhaczył poranne obowiązki i na dobre odstawił samochód, znikał w oparach własnego nałogu. Klasyczny, książkowy wręcz wysokofunkcjonujący alkoholik. Takie środowisko, hojnie podlane ludowymi mądrościami wychowawczymi tamtej dekady, stworzyło we mnie specyficzną mieszankę, z którą do dziś próbuję się uporać, po raz kolejny stając do syzyfowej walki o ogarnięcie własnego życia i bycie w formie.

Moim celem nie jest okładka magazynu dla kulturystów, lecz twarda, fizyczna niezależność i odroczenie wyroku, by pożyć na tym padole jak najdłużej we względnej sprawności. I na tym froncie mój wewnętrzny Grubas właśnie musiał oddać spory kawałek terytorium. Od momentu rozpoczęcia pomiarów waga bezlitośnie wskazała siedem kilogramów mniej. Mój cielesny pancerz staje się lżejszy, a kolejna psychologiczna bariera na cyferblacie powoli pęka, co daje całkiem optymistyczne rokowania przed zaplanowanym, czerwcowym półmaratonem.

Skoro już o bieganiu mowa, wziąłem udział w wirtualnym biegu firmowym. Teoretycznie to zaledwie cztery kilometry. W praktyce, dla mojego organizmu, który wciąż znajduje się w fazie żmudnej rekonstrukcji, to wyzwanie równe forsowaniu rwącej rzeki pod ostrzałem artylerii. W ubiegłym roku pokonałem tę trasę w dwadzieścia pięć minut z sekundami. Tym razem, czując, że moja forma przypomina raczej zaniedbane gruzowisko, planowałem jedynie asekuracyjne tempo treningowe. Ułożyłem w głowie bezpieczny plan: trzymać się w przedziale między 6:45 a 7:10 na kilometr. Jakież było moje zdziwienie, gdy nogi niespodziewanie same poniosły mnie do przodu.

Pierwsze dwa kilometry przeleciałem z czasem poniżej sześciu minut. Przy mojej obecnej masie to prędkość niemal nadświetlna, która zazwyczaj grozi natychmiastową katastrofą budowlaną w obrębie stawów kolanowych. Mimo tych obaw biegło mi się z wręcz euforyczną lekkością. Choć na drugiej połowie dystansu zapłaciłem rachunek za tę ułańską fantazję i tempo naturalnie spadło, na metę wpadłem ze wspaniałą średnią: sześć minut i czternaście sekund na kilometr. O sześć sekund szybciej niż rok temu, kiedy ważyłem mniej i łudziłem się, że trenuję znacznie więcej.

Zamiast jednak od razu strzelać korkami od szampana, patrzę na ten triumf z chłodną, analityczną rezerwą. Rok temu byłem w podobnym, pozornie radosnym „gazie”. Jesień zapowiadała się jak pasmo nieustających sukcesów – w samym październiku brutalnie zrzuciłem dziesięć kilogramów, czując się jak niepokonany gladiator. A potem nadszedł listopad, brutalna stagnacja i ten potworny grudzień, który wyciągnął ostateczną wtyczkę zasilania. Pół roku od grudnia do końca maja spędziłem w zapadlisku permanentnego dołu, podczas gdy zgubione kilogramy z cynicznym uśmiechem wróciły na swoje miejsce. Tym razem muszę więc mieć się na baczności, by ten błyskotliwy, czterokilometrowy zryw nie okazał się jedynie preludium do powtórki z tamtej bolesnej historii.

08.09.2026, 12:50

Opublikował: kr

WPIS 3 / 23© 2026 mentalniegrubas.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. · Polityka prywatności